wtorek, 25 marca 2014

33. Sam do końca życia.

Jestem z Tori już dwa miesiące. Na początku było trudno się do siebie przyzwyczaić, ale teraz naprawdę żyć bez niej nie umiem. Nawet zastanawiałem się, czy nie zaproponować jej wspólnego mieszkania, ale zmieniłem zdanie po drobnej sprzeczce. Poszło o to, że "nie chcę" jej wziąć na koncert do Dublina, a to przecież  nieprawda. Ja po prostu nie mogłem tego zrobić. Dzięki Scooter -.-. Dzisiaj mamy wolne od siebie, bo moje Słoneczko pojechało do dziadków. Chciała, żebym pojechał, ale wymigałem się. Nie znam dobrzej jej rodziców, a już mam rozmawiać z dziadkami? To nie dla mnie. Może za pół roku będzie to odpowiednie. Teraz siedzę sobie sam w domu i delektuję się ciszą i spokojem. Wszyscy wyjechali do rodzin, a ja czytam King'a. Czas skończyć tą książkę i wziąć się za następną. Kupiłem "Pod kopułą". Te same wydanie, które miała Camille. To nie jest dziwne, prawda? Proszę, powiedzcie, że jestem normalny!
-Jestem normalny-mruknąłem, a po chwili usłyszałem dzwonek do drzwi. Stał w nich wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna z kilkudniowym zarostem i lekko siwiejącymi baczkami.
-Tak?-zapytałem niepewnie.
-Pan Sykes Nathan?-przeczytał z niewielkiego notesu. Tylko kiwnąłem głową-Oficer Morris. Możemy porozmawiać?
-Proszę wejść-zaprosiłem go do salonu. W sumie zdziwiłem się, że mundurowy jest na służbie bez uniformu. Może to tajniak? Czego on ode mnie chce? Boję się. Mamusiu? :(
-Na posterunku-zaakcentował ostatnie słowo. Nie miałem wyjścia. Wziąłem dokumenty, telefon komórkowy i klucze, po czym przekręciłem zamek w drzwiach. Wsiadłem do czarnego Audi (chyba 5), przykładnie zapiąłem pas bezpieczeństwa i głośno westchnąłem.
-Nie ma się pan czego bać-uśmiechnął się brunet, patrząc przed siebie.
-Wiem. To znaczy mam taką nadzieję-szybko się poprawiłem. Patrząc na przechodniów, zauważyłem Luka. On chyba też mnie widział, bo śledził mnie wzrokiem. Wyglądał na zdziwionego. Czyżby znał pana Morrisa?
-Nad czym się tak zastanawiasz chłopcze?-próbował zagadać.
-Co przeskrobałem, że jadę na policję nieoznakowanym wozem-odparłem. W odpowiedzi mężczyzna się zaśmiał.
-Ty? Nic. Po prostu takie rozmowy muszą być nagrane i takie różne inne-machnął ręką. Takie rozmowy? O jakie rozmowy mu chodzi? Czy chodzi o mafię? Ale przecież nie mam z nią nic wspólnego! Przynajmniej tak mnie się wydaje.
Po 10 minutach siedziałem w małym pomieszczeniu, czekając na wyrok. Dłonie strasznie mi się pociły, a mięśnie wiotczały od ciągłego spinania się.
-Więc..-zaczął mężczyzna. Już chciałem powiedzieć, że od "więc" nie zaczyna się zdania, ale się powstrzymałem-Znasz Camille Collins?-zapytał, krążąc po niewielkim pokoiku. Jedyna Camille jaka przychodzi mi na myśl to MOJA CAMILLE, ale ona jest daleko stąd, więc na pewno nie o nią chodzi.
-Nie prze pana-odpowiedziałem.
-Jesteś pewny?-uniósł jedną brew w geście zdziwienia, po czym wyciągnął z koperty kilka zdjęć. Nie przyglądałem im się, ale widać, że na większości są dwie osoby-A tą dziewczynę pan zna?-wziąłem papier do ręki i przyjrzałem się postaci. Kobieta miała długie, szatynowe włosy i błękitne oczy. Uśmiechała się cudownie. Tak, to moja ukochana. Nie widziałem jej od tak dawna. Czułem, że napływają mi łzy do oczu.
-Tak, znam ją-szepnąłem, wpatrując się w fotografię.
-Wiem-odparł krótko-Ona nie żyje.
-Co?-czułem jak moje ciało wiotczeje i zaraz zsunę się z krzesła, lądując pod stołem z głośnym hukiem. Nagle wszystkie mięśnie się napięły, jakby chciały walczyć z tym, co się stało. Walnąłem pięścią w stół, a potem zacząłem płakać. Nie mogłem powstrzymać cieknących łez. To było silniejsze ode mnie. Zgniotłem fotografię. Obwiniałem ją o jej śmierć. Że wyjechała, zostawiła mnie, zmarła. Gdyby tu została, obroniłbym ją. Żyłaby najdłużej z nas wszystkich. Czułem jak ktoś mną szarpie, krzycząc moje imię. Boże, nie. Chcę zostać sam. Sam do końca życia.
___________________________________
Tak wiem, dawno mnie nie było, ale raczej nie tęskniliście :)
Rozdział jeden z ostatnich, a krótki, bo nie mam czasu :(